Turcja 2004 wraz z Orlen Team !!

Dzień trzynasty - środa 12-08-2004

Spało mi się dosyć dobrze, chociaż przez całą noc padało.

Poranek

Rano natomiast obudził mnie przechodzący Rumun idący na grzyby. Był sympatyczny, więc sobie trochę na migi porozmawaliśmy. Chcąc jednak jak najszybciej dotrzeć do domu załadowałem szybko motocykl i ruszyłem w drogę.

Załadowany motocykl

Już na starcie zjeżdżając gliniastą drogą zaliczyłem pierwszą glebę. Gleba, glebą, ale podniesienie motocykla było po prostu masakrą. Z godzinę czasu się męczyłem. Problem polegał na tym, że gdy starałem się go podnieść, to motocykl nie miał podparcia i sunął się dalej po śliskiej glince.

Gleba na śniadanie

Koniec końców jednak się udało i pojechałem dalej. Wszystko miałem w glinie. Hamulce były tak gaglinione, że non-stop tarły. Od razu pociekły też przednie simmeringi. Dowlokłem się więc do najbliższej rzeczy i umyłem motocykl. Przy okazji sam się wykąpałem. Straszna byłą ta glina. Paznokciami ją trzeba było zdzierać. Nic tylko garnki lepić z niej!! Na pewno byłyby hipermocne :).

Kąpiel

Śniadanko zjadłem gdzieś po drodze obfotografowywując się z przypadkowymi motocrossowcami :). Goście okazali się trenerami motocrossu dla dzieci i wzbudziłem w nich podziw swoją wyprawą :).

Trenerzy motocrossowi

Po śniadaniu jechałem przez Sighisoara, Tirgu Mures, Turdę i Cluj-Napoca. Chyba trochę znudziło mi się już to jechanie, więc łoiłem ile wlezie. Były góry, więc wyprzedzałem (jak wszyscy zresztą) na ciągłych liniach i nie przejmowałem się żadnymi ograniczeniami. Policji było co nie miara, ale tak się jakoś składało, że zawsze jak obok jakiejś przejeżdżałem, to byli zajęci wypisywaniem mandatu dla kogoś innego. Tak to jest, jak się ma bzdurne zakazy :). Gorzej, że skończyły mi się przednie klocki hamulcowe (niechybnie ta glinka z rana miała tu duże znaczenie). Tylnia opona też była już prawie łysa, a simmeringi ciekły. Nie przejmowałem się jednak tym i jechałem dalej. Poranne śniadanko okazało się być nie pierwszej klasy, więc jako odtrutkę musiałem zjeść BigMaca w McDonaldzie po drodze. Gdzieś po drodze minąłem po raz kolejny Riga Team wiozący buggy. Chyba wybraliśmy tą samą drogę, że się tak co raz mijaliśmy:). W końcu przejechałem przez Oradeę i z trudem odnalazłem wyjazd na Węgry. Boją się tam, że im Ci Rumuni pouciekają czy co, że tak ukrywają te przejścia graniczne? Na dodatek potwornie bolały mnie małżowiny uszne, bo kask mi tego dnia potwornie uszy odgniatał. Wywaliłem więc część wyściółki i później było już OK. Po wjeździe na Węgry niedaleko Debrecen rozłożyłem się na noc. Wcześniej kupiłem sobie czekoladę, melony i dwa piwka na poprawę humoru. Chyba morale zaczynały mi już niestety spadać. Na dodatek poprzedniego dnia skończyły mi się pieniądze na karcie w komórce i sam nie mogłem wysyłać SMSów z trasy. Tylko otrzymywałem co raz takie "Co się z Tobą dzieje? Czemu nic nie piszesz?". No, ale nic to. Piwko było dobre, więc usnąłem szybko.