Turcja 2004 wraz z Orlen Team !!

Dzień dwunasty - wtorek 10-08-2004

Po ciężkiej nocy na niewyzbieranych do końca gałęziach i nie do końca wykarczowanych krzakach wstałem cały połamany.

Miejsce noclegu

Sam się dziwiłem jak ja mogłem po ciemnicy obładowanym motocyklem wjechać taką koleiną na dodatek pod górkę!

Dojazd do miejsca spania

Całe szczęście z górki było łatwiej, więc już niedługo byłem w Adampolu.

Tablica w Adampolu

Zrobiłem sobie zdjęcie przy popiersiu Adama Czartoryskiego i ruszyłem w drogę zawiedziony nieco tym, że jednak nikt spotkany nie potrafił tam mówić po polsku.

Popiersie Adama Czartoryskiego

Miło za to było przeczytać pożegnanie na wylotówce:

Do widzenia!

Po drodze do Istanbułu wypiłem kawkę w małym lokaliku przy sklepie. Obsługa była miła i nawet dała sobie zrobić zdjęcie.

Obsługa lokalu

Śniadanko natomiast zjadłem gdzieś w lesie. Była to taka typowa turecka półówka chleba nafaszerowana różnościami.

Śniadanie

Przy okazji zauważyłem, że okienko na silniku zaczęło mi nieco ciec. Nie był to jednak duży wyciek, więc postanowiłem go tylko kontrolować.

Wyciek

W Istanbule przekroczyłem cieśninę Bosfor. Po lewej na zdjęciu widać Europę, a po prawej Azję.

Cieśnina Bosfor

Europa przywitała mnie deszczem, ale zbytnio się tym nie przejąłem

Europejski deszcz

i ruszyłem dalej w drogę przez Saray, Vize i Finarhisar do Kirklareli. Tam kupiłem tureckie winko, co by je ze znajomymi w domu wypić. Musiałem przy tym stoczyć straszliwy bój ze sprzedawcą, który koniecznie chciał mi je na miejscu otworzyć korkociągiem! Po wygranym boju ze sprzedawcą przez Malko Tarnovo opuściłem Turcję i wjechałem do Bułgarii. W jakimś przydrożnym lokalu zjadłem sobie kolację

Kolacja

i zacząłem szukać jakiejś stacji benzynowej. Jechałem i jechałem już na rezerwie z bardzo oszczędną szybkościa, ale całe szczęście udało mi się zatankować w przydrożnej stacji na wsi. Po tankowaniu z powodu zapadającego zmierzchu zacząłem szukać jakiegoś miejsca na nocleg. Tak sobie jadąc miałem przygodę ze stadem dzików, które za nic nie chciały mi zejść z drogi. Trochę jechałem za stadem (z 15 sztuk tak na oko!!) idącym całą drogą, ale z racji tego, że ich prędkość podróżna znacznie odbiegała od mojej postanowiłem wjechać w stado i jakoś je wyprzedzić. Całe szczęście dziki były wyjątkowo spokojne i żaden mnie nie zaatakował. Tylko malutkie kwicząc uciekły do mamusi. A mamusi to się nawet nie chciało obrócić i spojrzeć na motocykl! Kilka kilometrów po przygodzie ze stadem znalazłem fajne miejsce przy drodze i tam się ułożyłem. Było to wybitnie ekologiczne miejsce. Natura była wszędzie! Komary cięły jak szalone, a na dodatek wcale się nie bały ani autana, ani palącej się spirali antykomarowej. Na dodatek pomiędzy drzewami latały sobie w najlepsze nietoperze. Mimo tych wszystkich przeciwności losu jakoś usnąłem.