Turcja 2004 wraz z Orlen Team !!

Dzień czwarty - poniedziałek 02-08-2004

Noc minęła super. Mało padało, a nad ranem było już zupełnie sucho. Spakowałem się więc spokojniutko

Poranek w Bułgarii!

i ruszyłem dalej w drogę. W bardzo ładnym miejscu się zaszyłem na noc trzeba przyznać. Po drodze do tego miejsca (i z powrotem) miałem małą przeprawę przez rzeczkę

Bród

, piękna sprawa dla enduro :). Już z samego rana na rozgrzewkę zrobiłem trochę kilometrów jadąc przez Sumen, Karnobat i Burgas. Za Burgas pojechałem wzdłuż Morza Czarnego, przez Sozopol i korzystając z okazji wykąpałem się w morzu.

Po kąpieli w Morzu Czarnym

Dalej już tylko kierunek Turcja :).

Prawie Turcja!

Przed samą Turcją spotkałem jeszcze grupę belgów będących od dwóch tygodni w trasie i jadących do Istanbułu.

Teraz to już naprawdę prawie Turcja!

Razem z belgami przekroczyłem granicę w Malko Tarnovo. Łatwo nie było. Należało wykupić 3 wizy - jedna na siebie, druga na motocykl, a trzecia na niewiadomoco. Każde wykupienie wizy wiązało się z wizytą w mniej więcej trzech okienkach, tak więc nabiegać się można było trochę. W końcu jednak biedniejszy o 22 USD mogłem udać się w drogę. Beldzy zapraszali mnie, abym pojechał z nimi do Istanbułu. Śpieszyło mi się jednak trochę (a oni chcieli wstąpić coś zjeść), więc pomachaliśmy tylko sobie i pojechałem dalej sam. W końcu do Istanbułu jeszcze trochę km było

Kierunek Istanbuł

, a chciałem tego dnia spędzić pierwszą noc na kontynencie Azjatyckim! No i tak jechałem, jechałem. W sumie nic ogromnie ciekawego się po drodze nie działo. Trochę wkurzał mnie asfalt posypany kamieniami

Droga asfaltowa

, ale po jakimś czasie się przyzwyczaiłem do jazdy bokami i majtaniu kierownicą od czasu do czasu. Do Istanbułu dotarłem planowo korzystając z bocznych dróg, a nie płatnej autostrady. W Istanbule jednak pogubiłem się, każdy trąbił na każdego i w ogóle jeden wielki rozgardiasz komunikcacyjny był w tym mieście. Na dodatek asfalty na tyle śliskie, że moto mi bokami na nich jeździło po lekkim dodaniu gazu na 2-ce. Tak więc autostradą wjechałem do Azji i zacząłem szukać miejsca na nocleg, bo zmierzch zbliżał się nieubłaganie. I tak jechałem i jechałem szukając odludnego miejsca. I jechałem i jechałem. 10 km jechałem i ciągle było miasto. 50 km jechałem i ciągle było miasto. 100 km jechałem, a tych ludzi i budynków przy drodze jak mrówków! 200 km jechałem i ciągle było miasto! Próbowałem odjechać w jakieś boczne drogi, ale zawsze dojeźdżałem do ich końca, a na końcu albo jakaś budowa i kilkadziesiąt jeżdżących ciężarówek na niej (w nocy?? - nic z tego nie rozumiałem), albo jeszcze coś innego. Trochę zdołowany postanowiłem odpocząć i się zastanowić, co robić dalej. Było już porządnie ciemno, a ja byłem naprawdę zmęczony jazdą. Usiadłem więc sobie gdzieś przy drodze i oglądałem mapę. Po chwili zjawił się młody i sympatyczny turek

Turek

, który widząc moją chyba średnią minę chciał mi jakoś pomóc. Zaproponował noc w meczecie obok, ale słysząc jakies dzikie śpiewy dobiegające z meczetu odmówiłem. Zresztą nie wyobrażałem sobie tego jak mogę zostawić motocykl na pastwę losu w innym kraju, na innym kontynencie i spać nie obok niego. Później chciał mi dawać jakieś pieniądze (może pomyślał, że mnie okradli czy co?), ale tez odmówiłem. Zebrałem się w końcu i postanowiłem podjechać jeszcze trochę dalej i w końcu w okolicach Akyaza udało mi się znaleźć spokojne, odludne miejsce. Rozbiłem tam szybciutko namiot i poszedłem spać.