Turcja 2004 wraz z Orlen Team !!

Dzień trzeci - niedziela 01-08-2004

Nocka minęła w sumie spokojnie, tylko psy jakieś w okolicach szczekały, no i pociągi jakieś w oddali było słychać. Bojąc się cyganów wstałem jeszcze po ciemnicy o godzinie 5-tej i ruszyłem dalej w drogę przez Alba Iulia i Sibu.

W drogę!

Jak się trochę rozjaśniło zatrzymałem się na śniadanko w przydrożnej restauracji i w towarzystwie polaków jadących samochodami do Bułgarii zjadłem omleta Cu Ciuperci! Naprawdę polecam, bo omlet był miam-miam. Korzystając z postoju zrobiłem też wstępne oględziny motocykla. Simmeringi całkowicie przestały ciec, ale odkryłem coś niepokojącego! Tylnie koło miało bardzo duży luz! Sprawdziłem dokręcenie tylniego koła, ale ośka była dokręcona na max i jeszcze troszeczkę więcej nawet! Wstępna diagnoza zabrzmiała - łożyska! A przecież specjalnie przed wyjazdem wymieniłem wszystkie łożyska tylniego koła! Przekląłem nowe polskie łożyska i ruszyłem dalej w drogę obiecując sobie kontrolować sprawę. W razie czego miałem drugi zapasowy komplet łożysk, więc aż tak bardzo się nie przejmowałem i jechałem dalej. Podczas następnego kontrolnego postoju ośniło mnie! To nie łożyska są problemem luzu! Ani tego teraz ani pewnie tego, który mnie do wymiany łożysk w Polsce zmotywował! Kiedyś, kiedyś musiałem przez własną nieuwagę przejechać trochę kilometrów z niedokręconą ośką co spowodowało lekkie wydarcie (może z pół milimetra) aluminium z wahacza. Tylnia ośka w KTMie natomiast ma dokładnie tyle gwintu ile go potrzeba i teraz mimo dokręcenia jej na max (do końca gwintu) nie powodowało to jej zaciśnięcia w wahaczu! Bingo! W najbliższym otwartym warsztacie zatrzymałem się, aby skombinować podkładkę.

Warsztat - wulkanizacja!

Wygląd warsztatu był trochę odstraszający. O elektryczności i wodzie z kranu nikt tu chyba nie słyszał. Podejście obsługi do napraw było tez dalece odmienne od tego z Polski. Akurat jak wszedłem to właściciel warsztatu zmieniał oponę w masakrycznie poobijanym i zardzewiałym kole od Dacii. Polegało to mniej więcej na tym, że skoczył na koło, wbił dwie łyżki, ściągnął ręcznie oponę, przewrócił koło waląc nim z dużą siła o podłogę, a aby opona naszła używał gigantycznego młota. Po założeniu opony mechanik spróbował ją napompować, ale niestety na połączeniu felgi i opony uciekało powietrze (w sumie nie dziwię się - przy takiej precyzji przy zakładaniu opony bardziej bym się zdziwił, jakby wszystko było OK). Lekko wkurzony mechanik zostawił to koło na później i podszedł do mnie. Dużo czasu mi zajęło wytłumaczenie, że chcę tylko podkładkę. Trudno mi było go również odgonić od prób samodzielnego odkręcania tudzież dokręcania tylniej osi. Z jego gestów wynikało, że chce po prostu dokręcić ośkę używając półmetrowego klucza! Już ja widzę co by się stało, z lekką, aluminiową nakrętką ośki w KTMie! W każdym razie był sympatyczny i pozwolił mi używając swojego klucza samemu odkręcić koło i dał mi podkładkę (o dziwo - podkładka była nowa w przeciwieństwie do kluczy pamiętających chyba 2ga wojnę światową i na dodatek pasowała idealnie)! Po dokręceniu luz zginął jak ręką odjął!

Warsztat - po robocie!

Dalsza droga mijała całkiem bezproblemowo, jedynie gorąc zaczął być straszliwy. Tak więc korzystając z tego, że żadnych problemów nie miałem szybko minąłem Rimnicu Vilcea, Pitesti i autostradą dotarłem do Bukaresztu

Bucuresti

, a stamtąd do granicy w okolicach Giurgiu. Podczas drogi przeszkadzały mi ograniczenia i zakazy jeszcze bardziej głupie niż w Polsce. Pocieszające było jedynie to, że jeszcze bardziej niż w Polsce ich nikt nie przestrzegał. Mniej pocieszające jadąc motocyklem było to, że wyprzedzanie na 3-go przekraczając ciągłe linie na niewidocznych zakrętach było praktykowane przez większość samochodów. Mi jednak udało się dotrzeć cało do granicy z Bułgarią. Przed granicą zatankowałem jeszcze benzynę i dumny z siebie, że mi dzisiaj tak dobrze idzie kupiłem dwa rumuńskie piwka na wieczór. Granicę z Bułgarią minąłem bez problemów i wjechałem do Ruse. Trochę miałem problem z wyborem drogi na rondzie tuż za granicą, ale zapytałem się tureckiego kierowcę ciężarówki i wskazał mi dobrą drogę na Razgrad. Wyjeżdząjąc z Ruse złapała mnie jeszcze lokalna policja niestety. Właściwie miasto się już kończyło, więc wyjeżdzając zza zakrętu i widząc tablicę zacząłem przyśpieszać, a oni jakoś tak nagle wyskoczyli. Policjant całe szczęście dobrze mówił po rosyjsku, więc przynajmniej z dogadaniem się nie miałem problemów. Na starcie stwierdził, że kapitan Andrea (jak to powiedział) przekroczył szybkość (jechałem 80, a można było 60) i należy się mandat 20 Euro. Zaproponował masakryczne dla mnie rozwiązanie - jakiś papier z którym powinienem się udać spowrotem na granicę, tam opłacić mandat i wrócić do niego! Straszne! Jak chciałem zapłacić u niego to mi mówił, że tak nie można, bo nie dostanę tego papieru. Trochę mi zajęło wytłumaczenie, że ja wcale, ale to wcale nie potrzebuję tego dziwnego papieru, z którym się muszę zjawić na granicy. W końcu stwierdził, że jak nie potrzebuję, to mogę u niego zapłacić 10 Euro i będzie git. Nie miałem 10 Euro więc zapłaciłem 10 dolarów i w sumie miło sie z policjantami rozstaliśmy. Śmieli się trochę ze mnie, że nie rozpoznałem ich samochodu policyjnego! Pokazali mi drogę jak mam dalej przez Bułgarię jechać i pojechałem dalej. Za Razgradem zacząłem rozglądać się za noclegiem i znalazłem naprawdę ładne miejsce. Rozłożyłem się więc tam i przy piwku trochę odpocząłem tego dnia. Mimo wszystko w Bułgarii czułem się jakoś bezpieczniej niż w Rumunii, więc wieczór minął całkiem miło. Nawet deszcze zaczął padać dopiero jak poszedłem spać.