Turcja 2004 wraz z Orlen Team !!

Dzień drugi - sobota 31-07-2004

Noc minęła spokojnie. Co prawda pobliską drogą przejechał powolutku jakiś samochód wygrzebując się co raz z błocka, ale problemów żadnych nie było. Rano jeszcze czekała mnie obiecana motocyklowi naprawa uszczelniacza. Zdjąłem więc osłonki rur teleskopów, osłony przeciwkurzowe i przeczyściłem simmeringi kliszą fotograficzną. Popsikałem wszystko obficie sprayem silikonowym i ruszyłem w drogą. Wyciek na simmeringu minął jak ręką odjął. W Miskolc, w małym kantorku, wymieniłem trochę pieniędzy (mówią, że Polak i Maziar dwa bratanki, ale za licho nie mogłem się z nimi dogadać). Gdzieś po drodze kupiłem sobie melona (super!) i zjadłem pół konserwy przywiezionej z Polski zostawiając drugą połowę na kolację. Później jadąc minąłem Debrecen i dotarłem do Berettyoufalu. Tam trochę pobłądziłem, raz pomachałem grupie polskich motocyklistów jadących w przeciwnym kierunku i w końcu skierowałem się na rumuńską Oradeę. Na granicy spotkałem widzianą wcześniej grupę motocyklistów, którzy przyjechali pojeździć sobie po Rumunii.

Nasi!

Trochę mnie zdołowali, bo wyjechali z Polski tego dnia - a ja już nocleg miałem za sobą! Pocieszałem się tym, że wyruszyli spod granicy - a ja jechałem w końcu od Warszawy. Za granicą zacząłem szukać jakiegoś kantoru, aby wymienić trochę pieniędzy na Rumuńskie. Postanowiłem wybrać jakiś duży, bo słyszało się różne opinie o Rumunii tak więc nie chciałem się w nic wplątać. Wypatrzyłem gigantyczny szyld nad drogą w wielu językach i skręciłem jak strzałka nakazywała. Niestety tam gdzie strzałka wskazywała była stacja benzynowa. Pokręciłem się trochę naokoło, ale kantoru ani widu, ani słychu. Potanowiłem zapytać się ubranego w firmowy strój pracownika stacji, gdzie ten kantor jest! Jak się go zapytałem to mi odpowiedział "No jak to gdzie, tutaj!" i wyjął z kieszeni gruby plik pieniędzy mówiąc "Skolka choczasz pamieniać?". Trochę się wystraszyłem myśląc, że to jakiś przekręt i odjechałem dalej. Zauważyłem jednak, że jakaś pracownica stacji do niego podeszła tak więc raczej nie był to człowiek z zewnątrz. Zresztą - zaczął innym nalewać paliwo, więc ewidentnie był pracownikiem stacji! W końcu się przełamałem, postanowiłem zaryzykować i wymieniłem 50 EURO. Kurs po szybkim przeliczeniu w pamięci okazał się całkiem spoko, więc po szybkim dobiciu transakcji ruszyłem w dalszą drogę. Pierwszym wrażeniem było "O rany, prawie wszystkie samochody to Dacie!", drugie wrażenie było mniej miłe. Zatrzymałem się na przejeździe kolejowym przed opuszczonymi szlabanami i obskoczyła mnie grupa cyganów. Były to dzieci, z 6 chyba. Zaczęły pokazywać, że chcą abym im coś dał. Jeden z nich skoczył do tyłu, zobaczył PL'kę na tablicy i po chwili wszystkie po polsku krzyczały do mnie "Daj, daj". Niewzruszony stałem dalej przed szlabanami, ale dzieci zaczęły łapać mnie za ręce i coś tam ciągać z tyłu za bagaże na motocyklu, więc się poważnie wystraszyłem. W końcu nie mogąc doczekać się pociągu wykorzystałem moźliwości motocykla enduro zgrabnie omijając opuszczone szlabany i pojechałem dalej ciesząc się z faktu, że chyba jeszcze nie zdążyły mnie okraść! W końcu dotarłem do Oradei, a tam skierowałem się na Cluj Napoca.

Oradea

Dalej pojechałem do Turdy, gdzie pomyliła mi się trochę droga i zamiast do Tirgu Mures pojechałem do Alba Iulia i wylądowałem w Transylwanii. Gdzieś po drodze zatankowałem, bojąc się nieco o 'jakość' moich rumuńskich pieniędzy, ale okazały się spoko. Humor średnio mi dopisywał. Zaczęło się ściemniać, a porozbijane i niesprzątane samochody na drogach wcale nie dodawały jej uroku.

Transylwania

Najgorsze jednak, że przy drodze co raz koczowały tabory cyganów z wozami, końmi i ogniskami. Na dodatek padał deszcz i bolała mnie głowa. Próbowałem odjechać trochę dalej, ale przy bólu głowy, deszczu i zapadających ciemnościach postanowiłem jednak rozbić się gdzieś na noc. Ze strachu zaszyłem się głęboko w lesie w jak by się wydawało niedostępnym miejscu.